czwartek, 1 listopada 2012
Czy chciałbyś napić się ze mną kawy?
Świt, najpiękniejsza pora dnia. Słońce nieśmiało podnosi się nad horyzont i rozświetla cienie. Mija strach, przemija koszmar, ostatni zlepek szeptów podświadomości. Budzę się. Otwieram oczy i czuję ciepło rzeczywistości na policzku. Jest dobrze, myślę sobie. Jest dobrze, witam nowy dzień,powtarzam. Wstaję. Spoglądam w lustro, spoglądam w oczy odbijające błękit nieba.Uśmiecham się i nagle wszystko rozpada się na miliony drobniutkich kawałków potłuczonego szkła. Mam teraz prawdziwe wyzwanie- wyjść z domu bez zranień, nie wbić sobie żadnego odłamka i nie poczuć bólu świadomości. Poruszam się ostrożnie, walczę z samą sobą. Ktoś zaciska mi pętlę na szyii, to ja śmieję się sobie w twarz. Potykam się o stojący w przejściu fortepian. Upadam, w ostatnim momencie zapierając się łokciami. Czuję, jak odłamki szkła wbijają mi się w łokcie, spokojnie patrzę na cieknącą krew. Jest dobrze, mówię sobie. Podnoszę się i grymas bólu układa moje wargi, może to mój nowy uśmiech. Wychodzę z domu i mijam ludzi, wszyscy są tak samo obojętni. Nawet nie patrzą mi w oczy. Mijają mnie i mijają, jest ich coraz więcej. Chowają się pod kapeluszami, za szalami i w kołnierzach.Szukam rozpaczliwie opatrunku uśmiechu na moje małe rany. Krew sączy się z łokci, a łzy sączą się z oczu. Delektuję się tymi łzami, bo od dziecka lubiłam smak soli. Bezczelnie patrzę się w oczy mijanym ludziom,a oni odwracają wzrok. Uciekają, chowają się za pośpiechem, wstydząc się lub bojąc się moich łez. A ja nie chcę nic więcej, nic więcej, tylko jeden opatrunek uśmiechu. Może jeszcze plaster spojrzenia, ciepłego spojrzenia. Zakrztuszam się moimi łzami i wtedy wpadam na Ciebie. Wyszedłeś dziś z domu, by odszukać kobietę o nieco smutnym ubraniu. Mamy listopad, to taki zimny, deszczowy, niewdzięczny miesiąc. Spodziewamy się już zimy, jeszcze pamiętamy lato, ale tak naprawdę już tęsknimy za wiosną.Powiedziały Tobie gwiazdy nocy wczorajszej, że jeszcze gdzieś istnieje zapach wiosny. I ty szukasz tego zapachu w mijanych kobietach, ponoć wiosna najlepiej pachnie na smutnym ubraniu kobiety, której oczy uparcie kwitną.
- Uwielbiam listopad- mówisz do mnie, a ja patrzę się w Twoje płonące oczy i nie wierzę. Ludzie mnie mijają i mijają, całe tłumy mijają mnie od lat, a Ty jakby nigdy nic odzywasz się do mnie, w deszczowe południe.
- Uwielbiam listopad, ale dziś tęsknię za wiosną. Tak po prostu. Potrafię nie wychodzić z domu tygodniami, albo i miesiącami. Potrafię nie odzywać się do ludzi, wyjeżdżać bez słów. Potrafię też biec do ludzi, bliskich mi ludzi, w środku nocy i rzucać kamieniami w ich okna. A oni zawsze wtedy wychodzą i idą ze mną na papierosa, tak po prostu. I chciałbym, żeby wiosna też pojawiała się tak po prostu. Wtedy, gdy za nią zatęsknię. Pomyślałem, że może ją znajdę, więc wyszedłem z domu.
Patrzę się na Ciebie i już wierzę, już dowierzam moim oczom i uszom. Właściwie to zapomniałam o całym tym tłumie, może to dlatego? Jeszcze tylko trochę boję się, że jesteś nierealny. Boję się wyciągnać rękę, może rozpłyniesz się we mgle.
-Masz w sobie listopad, przez te łzy płynące z oczu, jak deszcz z nieba. Chciałaś mnie zmylić może, a może to przypadkowe. Ale ja...
Wtedy jeszcze nie rozumiałam niczego, ale nie potrzebowałam niczego rozumieć. Przerwałam tobie w pół zdania:
-Chciałbyś napić się ze mną kawy?
I po prostu poszliśmy napić się kawy. W zimny, deszczowy, listopadowy dzień. I odtąd chodzimy napić się kawy, tak po prostu, gdy za oknem robi się smutno.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ech, naiwna ta historia.
OdpowiedzUsuńI podoba mi się: "Mamy listopad, to taki zimny, deszczowy, niewdzięczny miesiąc. Spodziewamy się już zimy, jeszcze pamiętamy lato, ale tak naprawdę już tęsknimy za wiosną"