sobota, 10 listopada 2012

Sny.

Pewien artysta/naukowiec uznał, że świat wirtualny,świat snów oraz świat po środkach halucynogennych są tak samo realne,jak tak zwany świat rzeczywisty. To wszystko to aspekty tej samej rzeczywistości-w sensie rzeczywistości realnej. Bo przecież to wszystko wprowadza zmiany w moim mózgu i w moim ciele odczuwam to i emocje rodzą się prawdziwe,więc...dlaczego kuffa,dyskryminujemy te światy?Zafascynowałam się teraz moim światem snów,bo to tak jakbym wiodła drugie życie obok. To coś, jak chodzenie do pracy,a potem powrót do domu i second life,czyli nie wiem,życie muzyka rockowego. A tak to praca w szkole,np.

Śniła mi się dziś skomplikowana fabuła. Właściwie snów było więcej, ale ten był najciekawszy i złożony z samych obcych mi ludzi,nigdy,nigdzie ich nie widziałam, a śniłam o nich.Nie pamiętam już twarzy tych osób. Generalnie byłam w firmie.W firmie raz byłam szefową, raz jej córką. Złapałam jako któreś z wcieleń,nawet nie pamiętam,czy córki, czy może jeszcze kogoś innego-podsłuch-mała dziewczynka i podejrzany mężczyzna. Podsłuch był wtyczką z konkurencyjnej firmy,dziecko oczywiście porwaliśmy,tak można to nazwać. I zaczęła się wojna...Moja matka z dobrej szefowej i dobrej osoby stała się kimś  pochłoniętym myślą o tej drugiej firmie i o tym jak ich zniszczyć. Tamci chcieli odzyskać dziecko. I tak powoli eliminowali naszych pracowników. Doszła do tego magia-np., mój chłopak został tak jakby zabity,ale w sposób magiczny-rzucono na niego czar śmierci, który można było w odpowiednim czasie i tylko z pomocą jego siostrzyczki-również zaczarowanej-odczarować. Siostrzyczka straciła rozum i wzrok. To był taki moment przełomowy,moja matka w międzyczasie postrzeliła własnego pracownika,z jakiegoś tam powodu,ludzi już praktycznie w firmie nie było. Ostatni pracownik odszedł-ojciec tej dwójki. I wtedy zrozumiałam, że moja matka-szefowa zwariowała,może i na nią rzucono czar-zaczęłam uciekać po tej firmie.I to był piękny widok- schody zakręcone,drewniane,do pokoiku. Na nich siedziała ta mała,próbowałam udawać jej brata, ale się poznała. Wtedy usiadłam obok i zaczęłam jej o sobie opowiadać(miałam na imię Ania we śnie;)) i o jej bracie i ona się odczarowała. Weszłyśmy wtedy do komnaty/pokoiku,ktory był wielokątem i miał pełno dużych misiów, które pozwoliły nam się skryć przed matką. Potem wybiegłyśmy stamtąd i odnalazlyśmy mojego chłopaka,imienia nie znam,odczarowałyśmy i go i wyszliśmy stamtąd. Przez krótki moment szliśmy ulicą zwyczajną, on trzymał mnie za rękę, ja jego siostrę i czułam się jak część rodziny,jakby to było moje dziecko,mała,urocza blondyneczka a nie jego siostra i wszyscy byliśmy tak autentycznie szczęśliwi, że jesteśmy razem i już bez tej magii i było jakieś takie nie nasycenie, tak jakby utraciło się kogoś i wiedziało, że to już na wieczność może i całą i nagle odzyskało,aż wylądowaliśmy na drodze pod masakryczną górę, gdzie szli też inni ludzie i jeździły samochody. Na samym szczycie miałam cholerny problem, żeby wejść na górę,jego siostra spadała cały czas na dół, gdy tylko ją puścił,ja ją asekurowałam i wkurzałam się, bo sama potrzebowałam pomocnej dłoni. W końcu podałam mu ją ostatni raz,nakazałam przytrzymać,sama weszłam nagle bez większego problemu na tę górę i...obudziłam się.

To tylko niewielkie strzępy,tego, co pamiętam. Więcej mam w sobie impresji,niż faktów. W sumie sen był porywający,w trakcie.

2 komentarze:

  1. Aniu Aniu ;D Ja też nie rozumiem, czemu dyskryminujemy tamte światy. OSŚ, ach. A tak naprawdę rozumiem doskonale. I Ty przecież też.

    OdpowiedzUsuń
  2. weeeź,widziałam dziś w browarze "mojego chłopaka"dokładnie to wspomnienie jego twarzy idealnie nakładało się na fotografa z wykładu xD

    OdpowiedzUsuń