sobota, 16 lutego 2013

Koszmary,koszmary cztery pary.

Całą noc śniłam o moich pragnieniach. Tych od lat. Najpierw był dom,drewniany,w lesie,z dala od ludzi,jezioro lazurowe,piękne,niedaleko,z okien widok na nie,kominek,schody,spokój,cisza...i ta kobieta...to chyba wina Pistoriusa.W moim domu dużo się o nim mówi,bo i w necie i w telewizji huczy od tego morderstwa i przyśniła mi się blondynka o włosach jak jego kobieta. Tylko moja była trochę starsza. Wkurwiała mnie i przerażała,bo waliła do moich drzwi,krzyczała na mnie,gdy jej otworzyłam i w ogóle,w ogóle nie chciała sobie pójść,jak zamknęłam drzwi,więc ni stąd ni zowąd otworzyłam je raz jeszcze,wyciągnęłam pistolet i strzeliłam do niej cztery razy. A potem ogoliłam jej piękne włosy,wyglądała o wiele gorzej,wierzyłam,że może wtedy ją nie rozpoznają. W rękawiczkach wszystko robiłam,ściągnęłam jej ubrania,spaliłam,pistolet miał ślady jej dłoni,wrzuciłam go do jeziora,a ją,co miałam zrobić z jej ciałem?Wrzuciłam do stawu,obok domu.Głupie to było.Nic jej nie wrzuciłam,żadnej kuli do nogi i ona tak sobie pływała grzbietem do góry,a ja pomyślałam,że tu rzadko kto zagląda. I poszłam na spacer po lesie,aż spotkałam moje współlokatorki,okazało się,że tak naprawdę ten piękny,letni dzień w lesie,to dziś,16luty,A. ma urodziny,idziemy do naszego domu drewnianego,przed nim stoi jakiś gość,a ten gość dostrzega trupa. I ja już wtedy wiedziałam,że nici z pięknego domu,czeka mnie więzienie,nie mam alibi,one wiedzą,że cały dzień byłam w domu,chwilę wcześniej im to powiedziałam,byłam sama,trup pod naszym domem,i co?jak mogłam nie słyszeć strzałów?Koniec snu.Bam.

Potem teatr. Warsztaty,jako moja praca. Moje dziewczynki z obozu i chmara innych,zachwycone,dobrze się pracuje,ekstra,tylko wszystko to sen we śnie. Nie ma tak naprawdę z kim pracować na pracy marzeń. Baam.Koniec kolejnego snu.

Co potem?Kiedyś marzyło mi się prowadzić ośrodek resocjalizacyjny dla młodzieży.No to takowy prowadziłam.I tu nie pamiętam co i kiedy stało się koszmarem.Pamiętałam po przebudzeniu zaraz po tym śnie,ale to nie był ostatni sen.

I ostatni sen.Byłam nauczycielką w szkole,tymi najmłodszymi się zajmowałam.I miałam chłopca,najśliczszniejsze dziecko,jakie mogłam wyśnić,do tego takie spragnione miłości i jakieś mądre,spokojne mimo kilku lat.Miał tylko babcię i ta babcia nie mogła dziś po niego przyjść,a ja ją znałam,jego adres też,więc ja miałam go odprowadzić.Był tam też mężczyzna,wcześniej wychowanek tego poprawczaka resocjalizacyjnego,w którym pracowałam w poprzednim śnie.Mężczyzna i chłopiec w jakiś sposób fizyczny i psychiczny byli ze sobą podobni. Jakby tak naprawdę to był jego syn.Ale nie był to jego syn biologiczny.Ten mężczyzna też był wychowywany przez babcię,obecnie był już sam. Też miał piękne brązowe oczy,spokój w sobie i życiową mądrość człowieka,który niejedno przeszedł. Dziecko oczywiście w dużo mniejszym stopniu,ale też właśnie to miało.  I obydwoje mieli w sobie to pragnienie pokochania i bycia kochanym. I obydwoje świetnie się dogadywali,mężczyzna teraz też był nauczycielem. Trochę młodszym ode mnie.I tylko w nim w przeciwieństwie do małego chłopca byla moc dystansu i rezerwy. I byliśmy w takiej starej szkole,gdzie szatnie wyglądały totalnie ohydnie.I powiedziałam wtedy,że jeśli będę mieć dziecko to w życiu je tutaj nie puszczę. I mały-nie znałam jego imienia,ale przezwaliśmy go Misiek-spytał się,czy mam męża. Odpowidziałam,że nie. A chłopaka?Też nie. A dziecko?Też nie...I wtedy chwycił moją dłoń i dłoń "Piotrka",tak miał na imię ten mężczyzna i zapytał: A pan Piotrek? Rozbawił nas i speszył. I powiedziałam:"Tak,Piotrek to moje duże dziecko";),w końcu kiedyś to jego wychowawczynią byłam,jakkolwiek dziwnie to brzmi :> Ale przecież teraz obydwóch nas przyciągała siła zupełnie inna,wyczuwalna przez cały sen,choć nijak pokazana,oprócz jednego przytulenia,właśnie po tych słowach,i to serdecznego bardziej,bo zrobiło mi się ogromnie przykro,że na te wszystkie pytania odpowiadałam nie.

I wyszliśmy na letnie ulice,dużo zieleni,bo tęsknię za zielenią i szliśmy pod górkę,masakryczną górkę,skarpę,ale wspięłam się z małym tam,Piotrek pomagał,a na górze,na trawie było pełno noży przeróżnej maści.I pewna rodzina,starsze małżeństwo,które...zaczęło w nas tymi nożami rzucać 0o. Byli strasznie szybcy,Piotrek w mgnieniu oka załapał,że trzeba się bronić i też tymi nożami rzucał,a ja byłam zszokowana,w jakiś irracjonalny sposób broniłam siebie i Małego,przerażonego,wtulonego w moje ramiona. Nie wiem jakim cudem stamtąd uciekłam. Nie liczyłam się ja,a to małe,wtulone ufnie dziecko.Ale też interesował mnie Piotrek,ale nie mogłam mu pomóc.Przykuł ich uwagę,zranili go,walczył dalej,my uciekliśmy. Przy górce był blok,balkon,otwarte drzwi,wskoczyłam tam, to było ICH mieszkanie,było bez wyjścia...a tylko obchodząc jakoś to mieszkanie można było wyjść na ulice. Znalazłam szafę,taką jaką mieliśmy w dzieciństwie,często się w niej chowałam.Weszłam tam i okazało się,że to szafa atrapa,miała ukryte drzwi wyjściowe.Wyszłam na korytarz,ściany w tym bloku były fioletowe,przytłaczające,zbiegłam,z krzykiem,ale nikt nie wychodził,nie pomagał,wybiegłam na ulice,dalej krzycząc,bo przecież teraz Piotrek był tam jeden,a ich dwóch,ale dopiero gdy dopadłam do Straży miejskiej,zwrócono na mnie uwagę. Pobiegli tam,a mnie z Małym zabrali do jego babci,żeby oddać go w odpowiednie ręce.Obudziłam się i zastanawiało mnie tylko jedno,czy Piotrek przeżył?

I pomyślałam,że trzymać w ramionach takie dziecko,jak tamto,to naprawdę coś niesamowitego i mieć obok mężczyznę,z całą siłą uczucia tylko wyczuwalnego w klimacie snu,ale bardzo,bardzo silnie,to też takie niesamowite.I obudzić się po tym,już nawet nie chodzi o te noże,chodzi oto,że to tylko sen.

A zabicie człowieka,nawet we śnie,jest straszne.Działałam automatycznie i dopiero,gdy znaleźli jej zwłoki,zaczęło do mnie docierać,co się stało,co zrobiłam.

Właściwie ja dziś nie śniłam.Miałam emitowane w głowie filmy,pełnometrażowe.
Dziwna noc. Pobudka o północy,o drugiej,o piątej,o dziewiątej a potem ta ostateczna.

***
Imieninowy dzień dawno już nie był tak dobry,jak tegoroczny.I spróbowałam zupełnie nowej kuchni,indyjskiej,w naprawdę fantastycznym miejscu.
Za to w walentynki okazało się,że pisanie do kogoś kto jest w związku i płci przeciwnej,wieczorem,może mu przynieść klopot. Inne kobiety w walentynkowe wieczory nie są wskazane. Nawet jeśli treść jest nieistotna.Paranoja. Bo większość moich znajomych,w związkach,czy nie,nie obchodzi tego święta,więc nawet nie pomyślałam,że to walentynki i nie wypada. Teraz już wiem i uszanuje to zdanie,przez wzgląd na Niego,bo przecież nie chcę sprawiać kłopotów dobremu koledze. Ale przecież...to absurd jakiś,mimo wszystko.Można było wyłączyć telefon :D

walentynki spędziłam przed telewizorem i postfaktum zastanawia mnie,jak to możliwe,że ominęły mnie walentynkowe filmy :D obejrzałam świetną debatę na temat współczesnej brutalności w sztuce,świetny występ kabaretowy młodego Stuhra(szacun,szacun,szacun!),ekstra odcinek dr House i świetną bajkę braci Grimm w wersji filmowej-Król Drozdobrody,bodajże.

A teraz czas goni,goni,goni. Goni nas.

1 komentarz:

  1. Ciekawe co by było gdybyś zadała sobie trud wysłania smsa np. 15-go.

    OdpowiedzUsuń