W powietrzu już czuć zapowiedź wiosny.Jest inaczej. Lepiej. Nawet jeśli w mieszkaniu zimno dalej,a drewno ferelne i palić nie można.
Myślę,że każdy po iluś tam latach ma pewne załamania. Może nie każdy,ale większość? Podważa sens wszystkiego co dotychczas,czuje przemęczenie materiału. I tak miałam i ja. Np. taka nauka. Człowiek uczy się już hm...16 lat? To bardzo dużo. I mógł załamać się nagle sensownością tego wszystkiego.Dopóki nie traktujemy tego jako bodziec rozwoju osobistego i uczenia się dla siebie,kiedy patrzymy na to jak na pewien wymóg społeczny i obowiązek wzięty na swoje plecy,jest trudniej.Zaczynam z powrotem kochać moje studia,choć miłość zawsze jest trudna.Bo bezwarunkowa.Wymaga czasami zaciśnięcia zębów.Właśnie teraz je zaciskam,mam naprawdę wiele do nadrobienia.
Co dalej?Ludzie,którymi się człowiek otacza. To bardzo ważne.To oni wpływają na to,czy śmiejemy się,czy też nie.Ostatnio,ostatnie dwa tygodnie, ograniczyłam się do współlokatorek,do towarzyszki mych prób,mego w jakiśm sensie mężczyzny i paru osób obecnych mniej lub bardziej,więcej chyba wirtualnie,niż rzeczywiście,ale jednak.Ostatnio dużo z J. śmiejemy się,przy próbach. Rozmawiamy tak po ludzku,długo,choć zazwyczaj wszystko było w pośpiechu.Ona stwierdziła,że po raz pierwszy naprawdę mnie zobaczyła.Nie na scenie,nie w pośpiechu,nie przy treningu,a mnie,Kaśkę,w takiej kilkugodzinnej rozmowie. Ale obie też mamy swoje rozpieprzone życia i nastroje i musimy to ogarnąć.Przed nią nowa droga,przede mną wkrótce. Sztuka jest jedynym ratunkiem. A póki człowiek jest młody,musi z tego korzystać. Bawić się,podróżować,romansować,tworzyć,tworzyć,działać,tworzyć,chcieć,robić,śmiać się,uśmiechać się,być silnym,być dorosłym wreszcie,czyli stanąć na nogach i wyprostować się w pełni.
Przy M. człowiek normalnieje,ale tylko w ten pozytywny sposób. Bo jest wariacko,ale nie obłąkanie.Wariacko to znaczy szukać nowych wrażeń,perspektyw,traktować siebie trochę jak dwoje dzieciaków, co musi siebie popchnąć na ulicy albo skakać trzymając się za ręce.Nie ma zdania innych.Nie ma wypada,nie wypada.Jest wiosna,już teraz,zaraz.piękny świat,nawet,gdy jest szaro.Bo jest dobrze,obok siebie.
Przy Mdz.człowiek uczy się,że najważniejsze to znaleźć coś,co nas będzie trzymać w dolinach. Można ograniczyć swój świat do świata mieszkań i uczelni,ale umysłowo wędrować bardzo daleko,intelektualnie.I liczyć na przyszłość poza tym małym światkiem. Na wielki świat.I że niesamowicie ważna jest akceptacja tego, że któraś z nas akurat ma dolinę.Że można przesiedzieć razem i nawet nie zaśmiać się,a jednak uśmiechać tak jakoś delikatnie. I mieć rozmowy takie,że człowiek wierzy w sens rozmów. Jakoś siebie rozumieć.Że ta znajomość czasami namacalnie nie istnieje,a istnieje w naszych sercach i myślach.
Przy A. człowiek uczy się, że ważny jest relaks. Trzeba czasami położyć się,czasami posłuchać muzyki relaksacyjnej,czasami zaczerpnąć trochę piękna,bo nasza dusza pragnie piękna. Trzeba pamiętać o ruchu i o zdrowym jedzeniu. Trzeba pamiętać,że łzy nie zawsze są złe. Trzeba pamiętać,że kobieta pragnie piękna również w sobie. Ostatnio,jak mnie pomalowała,prawie,ale prawie,wzruszyłam się do łez. Spojrzałam w lustro,w moje niesamowicie piękne oczy,rysy twarzy podkreślone i wzruszyłam się. Tego dnia przyciągałam wzrok mężczyzn i kobiet i było w tym coś dobrego.
Przy nowej M.(za dużo osób na literkę M w mym życiu ostatnio:D)człowiek uczy się dobroci,takiej fajności,takiego otwarcia na innych,radości z przebywania z nimi,takiej otwartości na życie.Po prostu obie sobie mówimy,że jesteśmy fajne i jest fajnie.Choć obie teraz walczymy z uczelnią.
Przy P., że ważna jest rodzina. I że każdego może dopaść zimowa depresja,bez względu na rodzaj jego problemów.I że trzeba sobie jakoś pomagać.I szukać nowych smaków.I można pośmiać się na rockowych imprezach,loża szyderców.
F. mimo że nieobecna fizycznie,obecna wirtualnie i myślowo uczy tego hartu ducha. Tej obowiązkowości na uczelni. Tej miłości z W., pielęgnowanej na co dzień.Tego każdy ma swoje życie do przeżycia i nikomu nic do tego i trzeba uwolnić się od tych wszystkich lęków.Tej wiary niemal we wszystko,jak to mówi. Tej otwartości.
V. obecny niezmiennie od roku i paru miesięcy każdego dnia w mojej głowie uczy smaków życia. Jak jest źle, to choćby jedzeniem można się poratować. Trzeba pytać się,co się chce. Uczy mnie,że wszystko,co teraz robię to moja droga dorastania i droga dochodzenia do siebie. I nieważne co,ktokolwiek sobie o mnie pomyśli.Pytanie,co ja chcę? Szukam odpowiedzi,coraz składniej.I muzyka w tle. I tej otwartości na seks,z Mansonem w tle. Bo Manson jest dla mnie niesamowicie podniecający. Dopiero od roku i trochę.
Tak właściwie prawie cały miniony tydzień spędziłam w mieszkaniu.(Poprzedni w Czarnkowie, to też w mieszkaniu,zresztą,dużo ostatnio spędziłam w mieszkaniu,a ostatnio ciągnie się już i ciągnie)Nie wychodziłam na uczelnię,nie chciano mnie w pracy,ja nie chciałam znajomych. Chodziłam tylko do szpitali.Czułam się już takim hipochondrykiem zbolałym. A teraz odradzam się.Odrodzenie zaczęło się już w sobotę. Najpierw była siłownia z A.,na dworze,a potem bieg.Uwielbiam biegać.A potem ten makijaż. I ta impreza z P. i T.I ta zabawa,ten flirt niewinny. To jest fajne.Smaki życia. Muzyka,delikatne wibracje odpowiedniej dawki alkoholu we krwi,spojrzenia,uśmiechy,taniec wolności,dziki,nieokiełznany.
I chcę być idealistką,owszem,zracjonalizowaną idealistką,jaką byłam dotąd,ale nie tradycjonalistką. Po prostu. Idealizm każe wypełniać zwykłe chwil,szczyptą magii. Idealizm każe sięgać nieba.
Chce dalej pielęgnować swoje marzenia. I żyć, jak żyję.Z drobnymi zmianami. Bo czasami lepiej nie wyjść z domu nigdzie,niż wyjść i się męczyć. Bo czasami lepiej odłożyć życie codzienne na jakiś czas i zawiesić się w zawieszeniu między światami. I jeśli nie mam stałej pracy,to nic. Chcę szukać tego,co da satysfakcję i przyjemność również w swej pracy.I jeśli nie mam stałego związku,a jestem szczęśliwa przy Nim,to po co się martwić?Zwłaszcza, gdy nikt nie pilnuje moich spojrzeń i uśmiechów. A ja lubię i lubić będę do końca mych dni ten flirt. Dlatego ratuje dziś i jutro załamane sercowo koleżanki i wyciągam je ze sobą. Po tę beztroskę spojrzeń i uśmiechów.
Sztuka jest najlepszym lekarstwem.Trzeba działać. Idzie wiosna,a to oznacza wyjścia. Tyle imprez kulturalnych,koncertowych,teatralnych wzywa.Zasiedziałam się,a przecież tylko i wyłącznie to chcę rzec:
Wielkie otrzeźwienie — tak mógłbym nazwać mój
stan, wyzbycie się wszystkich ciężarów, taneczna lekkość, pustka, nieodpowiedzialność,
zniwelowanie różnic, rozluźnienie wszelkich więzów, rozprzęgnięcie się granic. Nic mnie
nie trzyma i nic nie więzi, brak oporu, bezgraniczna swoboda. Dziwny indyferentyzm
z jakim przesuwam się lekko wskroś wszystkich dymensji bytu — powinno to być właściwie
przyjemne — czy ja wiem? Ta bezdenność, ta wszędobylskość, niby to beztroska,
obojętna i lekka — nie chcę się skarżyć. Jest taki zwrot: nie zagrzewać nigdzie miejsca.
Oto jest właśnie: dawno przestałem już zagrzewać miejsce pod sobą./Emeryt
(Bruno Schulz)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz